I: Bezpieczny dom.
|| 2007-05-26 18:15:13||
Oto i pierwszy rozdział.
Znajdziecie tu dużo zamierzonego "marysueizmu" - bohaterowie będą kontrastowi i owszem, przyznaję, naszym alter-ego. To za sprawą Hanki usiadłam i spisałam naszą wyimaginowaną historię, alternatywę świata, w jakim czasami chcemy się znaleźć. Dlatego też notki nie będą dodawane regularnie, a tylko wtedy, kiedy najdzie nas pragnienie. Prawdopodobnie owe opowiadanie nigdy nie dobrnie do końca, choć fabułę zamierzoną ma.
Nie będę za to przejmować się językiem czy stylem. To opowiadanie to wyraz, nie jakiś szczególny projekt literacki, którym chciałabym osiągnąć cel.
To tylko my - Basia, Hanka, Aśka.
Morwen, Celebrinloth, Earenya.
I nasze pragnienia.
Zmierzch kładł się cieniem nad cichą, spokojną doliną Rivendell, powoli rozświetlaną blaskiem tysięcy świec. Zewsząd rozbrzmiewała pieśń wieczorna elfów, pożegnanie dnia; łagodne, ciche głosy otulały dolinę harmonijnym, cichym brzmieniem dziękczynienia i nadziei na kolejny, wspaniały świt.
Córka Elronda z na wpół przymkniętymi oczyma zmierzała do Sali Kominkowej, rozkoszując się dźwiękami Imladris. Gdy wstępowała na schody, cichą melodię przerwał gwałtowny krzyk jej osobistej służącej:
- Panienko Celebrinloth! Panienko!
Księżniczka obróciła się, zaskoczona. Zadyszana, przerażona Delth przez chwilę łapała oddech, ale jej spojrzenie mówiło już wiele.
Mimo pogodnego jak zwykle w dolinie Rivendell wieczoru po plecach elfki przebiegł nieprzyjemny dreszcz złego przeczucia.
- Lord Elrond... ma zamiar odwołać... wyprawę do Mrocznej Puszczy!
W oczach Celebrinloth natychmiast stanęły łzy. Pierwsza reakcja była wywołana nastawieniem; potem zaś przypomniała sobie wszystko, na czym jej zależało i co mogła utracić – wszystkie czynniki, co owe nastawienie wywołały. Ukryła twarz w dłoniach, łkając cicho.
Powód płaczu bowiem był jeden. Pojedyncze słowo, zawierające w sobie wszystko – jej przeszłość i przyszłość, teraźniejsza tęsknota i nadzieja na lepsze jutro.
Arathar!...
Przed oczami natychmiast stanęła jej smukła postać ukochanego. Delikatny uśmiech, spojrzenie, od którego robiło jej się słabo; głęboki głos, którym zapewniał, że wszystko będzie dobrze, że pewnego dnia... dnia, który właśnie odwołał jej ojciec!... pokażą się światu ze swoim uczuciem, weźmie ją za żonę i już na zawsze – jak to teraz nierealnie brzmiało... – będą razem i nikt nie zdoła ich rozdzielić.
- To pewne, Delth? – zapytała słabo, bezskutecznie starając się wytrzeć wciąż spływające po policzku łzy. Nie pytała się, skąd wie – sama jej kazała podsłuchiwać ojca. Musiała zadbać, żeby wszystko poszło należycie. By w Dniu Morza i święta lasselanty znaleźć się wraz z rodziną w Leśnym Królestwie.
A teraz wszystko zdawało się zaprzepaszczone.
- Panienko, tak mi przykro...
- Nie mów do mnie panienko – poprawiła machinalnie Celebrinloth.
- Przepraszam. Ale Lindir mówił mi, wybiegł od razu, gdy tylko to usłyszał... Jeśli mogę od siebie coś dodać – zaczęła Delth, rumieniąc się i spuszczając wzrok – to w naszym mniemaniu kryje się za tym coś większego, ale cóż, nierozgarnięty Lindir nie słuchał do końca, wybiegł, jak tylko to usłyszał... Czy jest panienka aby na pewno przekonana, że panienki ojciec o niczym nie wie?
Celebrinloth zamarła. Oczywiście, pewności nie miała – co więcej, raz kiedyś wydawało jej się, że są obserwowani. Nawet więcej niż raz, przypomniała sobie.
- Nie wiem – przyznała, gdy już odzyskała głos. – Powiedz mi, Delth, co ja mam teraz robić! Jeżeli nie będzie mnie za dwa miesiące w Królestwie gotów pomyśleć, że o nim zapomniałam! Znalazłam innego! Odpłynęłam! Będzie czekał i cierpiał, znajdzie inną... och, Delth! – załkała ponownie, kryjąc się w ramionach przyjaciółki.
Służka przytuliła ją mocniej, gdy mówiła:
- On idzie na wojnę, panienko.
- Nie sądzę, by siły Rivendell były potrzebne w potyczce Thranduila – oświadczył zgromadzonym elf Erestor, pochylając się nad mapą Wschodu. – Wprawdzie chodzi o odzyskanie wpływów nad północnym brzegiem Rhûnu i Srebrzystą Wieżę, ale spójrzmy prawdzie w oczy... Imladris nigdy nie miało z tego korzyści, może za wyjątkiem zbrojnego ramienia w sytuacji zagrożenia, i to tylko dzięki lojalności wynikającej z pokrewieństwa.
- Jakiego pokrewieństwa? – parsknął inny, wygodnie rozpostarty na miękkim krześle elf. – Rivendell to w większości potomkowie dumnego Gondolinu – z tymi słowy skłonił głowę w kierunku Glorfindela. - Władców Doriathu, dawnych królów i książąt, których ojcowie pamiętali blask Valinoru... a nie sług panów na Beleriandzie.
- Racja – podchwycił siedzący nieopodal Andaer. – Oczywiście najwyżej w hierarchii stoi Lorien z Jasną Panią na czele, ale... cóż, chyba właściwie nigdy nie mieliśmy szczególnie zażyłych stosunków z Mroczną Puszczą. Ci elfowie umieją zająć się sobą.
- Lecz jednak są odcięci od świata przez swoje położenie.
- O tym też mówię.
- Potężni, sprytni, samowystarczalni.
- Dadzą sobie radę – podsumował Erestor, zwijając mapę. – To będzie łatwa wojna. Wróg nie jest zorganizowany... wątpię, by nowy diuk na Terenach Wschodnich dysponował bodaj tysiącem wojowników w regularnej armii. Bardziej go obchodziły profity, jakie czerpał z terroru na miejscowej ludności. Grabieże, wyłudzenia, podatki, haracze. Powitają Thranduila jak zbawiciela i dzięki temu uzyska nieograniczony dostęp do skarbów tej krainy. Znów się wzbogaci.
-...a Rivendell i tak nie miałoby z tego nic, prócz góra pięciu procent od łupów i dobrego słowa – dodał Andaer. – A i tak nie łączą nas żadne stosunki handlowe ani więzy rodzinne.
Elrond milczał.
Delth...
Cokolwiek nie zrobiłaby Celebrinloth, służka zawsze była przy niej. Pocieszała, gdy naszło ją wspomnienie Arathara tak realne, że odczuwała niemal fizyczny ból; kryła ich, gdy wymykali się na rozległe pola o wysokich trawach. Gdy trzeba było, sprzymierzała się z innymi elfami, mamiła ich i przekonywała do rzeczy, które dla nich były możliwe, a Delth potrzebne, by w jakiś sposób pomóc swojej pani.
To właśnie najbardziej zastanawiało księżniczkę – w jaki sposób udaje się prostej służce, skromnej, cichej i nieszczególnie pięknej przekonać do siebie taką rzeszę elfów i to w tak skuteczny sposób, że nigdy ich nie wydawali? Przykładem był chociażby Lindir – już dwa lata niesie im wieści z zamkniętych komnat pałacu Elronda. Był Bajarzem, a to czyniło go dosyć potężnym i wystarczająco niezauważanym, by dobrze służyć panience Celebrinloth.
Teraz, ukryta w ramionach przyjaciółki, uzmysłowiła sobie, jak potrafi być oddana i dobra. Odnotowała w pamięci, by odwdzięczyć się jakoś, kiedy tylko odzyska zdolność racjonalnego myślenia.
- Co teraz będzie, Delth? – szepnęła. Nie miała już siły płakać.
Służka nie mówiła nic.
- Muszę się jakoś dostać do Mrocznej Puszczy. Muszę tam pojechać, nim wyjedzie.
- Proszę tak nie mówić.
- Ale ja muszę! – krzyknęła histerycznie, wyrywając się z jej ramion. – Z tego, co mówi Lindir, Rhûn jest niezbadaną, przeklętą krainą! Od dawna nie zapuścił się tam żaden elf! Delth – dodała ostro. – On może nie wrócić.
- Wiem – odparła cicho służka.
Celebrinloth spojrzała na nią z niedowierzaniem.
- I... nic cię to nie obchodzi? – cała sympatia księżniczki uleciała nagle wraz ze wzbierającym gniewem. – To jedyny mężczyzna, którego kocham!
Wyraźnie widziała, że przyjaciółka chce coś dodać, ale nie zrobiła tego. Poczekała z kolei, aż Celebrinloth się uspokoi. Otworzyła usta, by powiedzieć myśl, zaraz jednak zamknęła je i spuściła głowę. Wstała ze słowami:
- Oczywiście. Zrobię wszystko, by panience pomóc.
Odwrócona do niej plecami księżniczka podskoczyła nagle, słysząc męski głos.
- No proszę, księżniczko... Któż by się spodziewał.
Celebrinloth poczuła, jak po plecach spływają jej kropelki zimnego potu. Bała się odwrócić.
- Niestety, Lord Elrond odwołał jesienny wyjazd do Leśnego Królestwa. Tamtejszy król boryka się z niewielkimi... problemami. Nietaktem byłoby przerywać mu w trakcie ich rozwiązywania.
A wiec, Erestorze, nazywasz wojnę z nieznanym wrogiem niewielkim problemem, a moje małżeństwo nietaktem?! – pomyślała ze złością dziewczyna, nie odwracając się jeszcze. Wciąż nie patrząc mu w twarz, wyprostowała się dumnie i odrzekła:
- Zali nieodżałowana to szkoda. Obiecałam... komuś... że go odwiedzę. Mimo wszystko.
- Mimo wszystko? – szepnął jej do ucha, podchodząc.
- Tak, panie Erestorze – oświadczyła, a gdy nie doczekała się odpowiedzi, dodała – czyżbyś mógł mi w tym pomóc?
Niemalże czuła jego chytry uśmiech, gdy odpowiadał niewinnie:
- W czym, mianowicie?
Tylko spokojnie, Celebrinloth. Oddychaj.
- W dostaniu się na czas do Leśnego Królestwa. Na noc święta lasselanty u zmierzchu Dnia Morza.
- Niestety nie.
Księżniczka poczuła, jak robi jej się gorąco i nagle traci siły. Chociaż nie chciała się do tego przyznać nawet przed sobą, ale ostatnią nadzieję pokładała właśnie w przebiegłym doradcy ojca. Znów czuła, jak jej oczy wypełniają łzy. Powoli traciła ostrość widzenia.
- Ale wydaje mi się, że znam osobę, która mogłaby pomóc.
Nagła, pełna niedowierzania euforia wypełniła ciało Celebrinloth. Odwróciła się na pięcie i mogłaby przysiąc, że chciała pocałować nielubianego elfa. Ten jednak milczał, przyglądając się jej z lekkim uśmiechem.
- Mówże więc!
Erestor milczał.
- Rozumiem... chcesz zapłaty – księżniczka westchnęła ciężko. Elf zaśmiał się.
- Ależ skąd, najpiękniejsza! Obawiam się jednak, że zechcesz opuścić przyjazną ci dolinę. Bezpieczny dom. Jakże mógłbym do tego dopuścić?
Celebrinloth ujęła jego twarz w dłonie i w akcie desperacji, krzyknęła mu w twarz:
- Chcesz mnie za żonę, tak?! Nie ma sprawy! Tylko, błagam, błagam cię! Powiedz mi jego imię!
Mężczyzna wyglądał na wyraźnie zaskoczonego.
- Twoją rękę, panienko? Z najwyższym szacunkiem, lecz... nie szukam ożenku.
Dziewczyna poczuła, jak na jej policzy wpełzają płomienne rumieńce wstydu.
- Niemniej jednak jak już będę jej poszukiwał, będę o tobie pamiętał.
Celebrinloth jak oparzona odjęła dłonie od gładkich policzków uśmiechniętej buzi elfa. Odeszła kilka kroków, znów się odwracając.
- Czego chcesz więc, okrutniku!...
Erestor odpowiedział dopiero po chwili.
- Powiem ci, gdzie szukać owej osoby, lecz musisz mi obiecać jedno. Sama na nią trafiłaś, przypadkiem, podczas uczty, słuchałaś jej opowieści w Sali Kominkowej, wszystko jedno.
Celebrinloth chciała zaśmiać się ze swojej głupoty. Elf zwyczajnie nie chciał brać na siebie odpowiedzialności. Może rzeczywiście nie był taki zły, jak o nim myślała.
- Jesteś bezpieczny, Erestorze.
- Pójdź więc do północnej części zamku, najdalszych komnat twojego ojca. A tam, na końcu, znajdziesz niewielkie, bardzo zagracone mieszkanie zwiadowcy.
skomentuj (3)